Saturday, April 28, 2012

Asean (Kielce) - nie można mieć wszystkiego



Na wstępie zaznaczam, że mimo cierpkiego tytułu, będzie to recenzja jednoznacznie pozytywna dla tej Kieleckiej restauracji z azjatycką kuchnią. Nie odbiera mi to jednak prawa do konstruktywnego ponarzekania w paru sprawach, które mnie drażniły przy każdych odwiedzinach, podczas przygotowań się do tej recenzji. A w tym przypadku jestem przygotowany bardziej niż skrupulatnie; jadłem tam o każdej porze roku, każdej porze dnia i co prawda nie dałem rady spróbować nawet 1/10 z całości ponad stu punktowego menu (nie licząc zestawów i napojów) ale to, co widziałem, zjadłem i doznałem w zupełności wystarczy na rzetelną recenzję.

Żeby całość recenzji była podana jak najczytelniej zdecydowałem się napisać ją w stylu "korporacyjnej kanapki oceniająco-podsumowującej", a żeby było jasne dla tych, którzy z pracą w korporacji nie mieli styczności, od razu wyjaśnię, że to taka metoda dla menadżera czy kierownika, do podsumowywania swojego podwładnego tak, aby nie wpędzać go w stany lękowe i depresje, tylko na przemian chwalić i wytykać błędy. Pierwsza pochwała dla Aseana, należy się za lokalizację, chociaż gdy jadłem tam po raz pierwszy nie wyglądało to wcale jak plus. Mimo iż restauracja jest ulokowana na głównym rynku Kielc, rynek ów był bardzo mocno remontowany, a przed wejściem wykopany został głęboki rów, fosa niemalże, która znacząco utrudniała dostanie się do środka. Szczęśliwie, jak każdy remont i ten miał swój finał i teraz można bez przeszkód dostać się do środka, a i siedząc w środku obserwować schludny, czysty i przyjemny dla oka rynek. Celowo nadużywam słowa "środek", bo ten jest niewątpliwie piętą achillesową i tego miejsca, bo czy najzwyczajniej brudne obrusy można nazwać elementem wystroju? . Ba! Komu z nas nie zdarzyło się najzwyczajniej nabrudzić zbyt intensywnie dyskutując podczas obiadu? I raczej nie zdarza się żeby w trakcie spożywania posiłku kelner zaczął wymieniać obrus. Jest na to wystarczająco czasu żeby zrobić to przed przyjściem następnych klientów. Tym bardziej  niedoprana i nader wszystko nieapetycznie wyglądająca brązowawa plama, to zupełnie inna kategoria grzechu ciężkiego, którego można przecież łatwo uniknąć. Rozglądając się dalej po stole możemy spotkać najzwyklej kiczowate kwiatki z bibuły, lub o wiele lepiej prezentujące się łabędzie wykonane w technice origami, chociaż i to ktoś może uznać za kicz ale to kwestia indywidualna. Rozglądając się dookoła nic nas raczej nie zaskakuje. Abyśmy poczuli się bardziej swojsko na dwóch ścianach znajdziemy przymocowane prawdziwe tyczki bambusowe, które nie dominują, ale nadają tonu całości. Ściany obklejone tapetą, sprawiają wrażenie pomalowanych i dodatkowo ozdobionych złotym sprejem. I w tak można by zakończyć opis wnętrza, ale niestety najgorsze przed nami, a raczej nad nami. Ktoś pewnie miał świetny pomysł na ozdobienie sufitu i jest teraz bardzo dumny, ale tu i ówdzie domalowane (oczywiście złotym sprejem) jakieś może chińskie, a może japońskie symbole w jednym miejscu a w innym bliżej nieokreślone malunki to zwykła porażka. Całość bardziej kojarzy mi się z tatuażem z henny robionym nad morzem za 10 zł, albo takim z gumy do żucia niźli z restauracją. Dziwnym i dyskusyjnym elementem jest też oczko wodne tuż przy wejściu, ale ocenę go pozostawiam dla każdego indywidualnie. Wystrój restauracji to też muzyka, a ta ma się wrażenie, że jest grana dla młodej obsługi niż dla gości, bo jak inaczej wytłumaczyć obecność radia Eski? Trafiły się czasem jakieś spokojne orientalne melodie grane na erhu z łagodnym kobiecym wokalem, ale na to trzeba mieć szczęście.


Czas na dobre strony wystroju. Ta część będzie niestety krótsza, ale chyba to taka jej natura, bo zawsze łatwiej jest się czepiać niż chwalić. Na pierwszym miejscu bez zastanowienia stawiam dwa akwaria Kolorowo urządzone, dobrze podświetlone, zaaranżowane w przestrzeni tak, że każdy gość może podziwiać pływające w nim różne gatunki różnobarwnych rybek. Następne w kolejce warte pochwały są parawany. Wynalazek nie taki znowu nowy, a organizuje przestrzeń sali tak, że nikt nam w talerz zaglądać nie będzie. Taka mała i prosta rzecz, która znakomicie się sprawdza w praktyce. Łazienka też jest w porządku, nie ma do czego się przyczepić, może tylko martwi fakt, że jedna łazienka na ponad 30 osób może okazać się problemem w awaryjnych sytuacjach. Obecność szatni, to również miłe zaskoczenie, a to element który coraz rzadziej spotyka się w restauracjach. Może takie nic, ale mając w pamięci krzesła obwieszone ciężkimi futrami które co i rusz  przewracają się na innych gości, albo jeden, gęsto obwieszony stojak z kurtkami,  lecący do czyjejś zupy, to zwykła szatnia okazuję się idealnym rozwiązaniem (tym bardziej że najczęściej ja jestem ofiarą takich "wypadków"). Kończąc rozdział o wystroju wspomnę jeszcze o oświetleniu; przewidywalnym, co jest zarówno plusem i minusem, bo jest ono dobrze wyważone, ale w formie nudne. Nie jest za jasno, a widzimy własny talerz, czegóż chcieć więcej?

Gdy już nasyciliśmy się widokami, zostawiliśmy kurtkę w szatni i rozsiedliśmy się w krześle, w chwilę pojawia się sympatyczna i uśmiechnięta kelnerka witając nas serdecznie i podając nam menu. Menu to gruba lektura, jak już wspominałem na ponad sto pozycji, dlatego kelnerka daje nam dużo czasu na zdecydowanie się. Gorzej dla nas jeżeli wiemy po co konkretnie przyszliśmy, bo musimy odsiedzieć bezczynnie parę minut zanim nasze zamówienie zostanie przyjęte. Same menu moim zdaniem grubo przerośnięte i powinno zawierać góra 20 pozycji, ale patrząc wstecz zawsze jedząc w lokalach z kuchnią azjatycką takie mnie spotykają (przytłaczają wręcz), więc nie ma co wymagać rewolucji. Po wczytaniu się w karty znajduję tam parę pozycji nie kojarzących się raczej z charakterem restauracji jak golonka, "wołowina po Indyjsku", czy karp na trzy różne sposoby (chociaż ten jako pierwszy w historii był hodowany na terenach Chin już V w p.n.e). Jest też tradycyjnie dla najbardziej wybrednych "zestaw po Polsku", czyli filet panierowany z frytkami i surówką. Reszta jakby żywcem spisana z jednego podręcznika dla wszystkich restauratorów z kuchnią azjatycką w cenach od 5 zł za zupę, przez makaron ryżowy smażony z kurczakiem za 16 zł i węgorza azjatyckiego z trawą cytrynową na ostro za 26 zł do polędwicę wołową  "po Chińsku z kociołem gorącym"(?) za 35,80 zł. Jeżeli przyszliście ze znajomymi gorąco polecam proponowane na drugiej stronie zestawy dań, które po w przeliczeniu na jedną osobę są małym wydatkiem, można spróbować parę różnych potraw, najeść się oczywiście i do tego zintegrować dzięki kładzionej na środku stołu, dużej obrotowej tacy na której w schludnych półmiskach podawane są kolorowe potrawy (w zestawie dla 4 osób). Jedzenie zostanie oczywiście podane podejrzanie szybko, co jest chyba charakterystyczne dla wszystkich tego typu restauracji i oczywiście jest kolejnym plusem. Do jedzenia wypada zamówić coś do picia, a wybór jest przyzwoity i poza piwem czy colą możemy skusić się na przykład na zieloną herbatę z jaśminem, która ułatwi nam trawienie, a swoim delikatnym smakiem i aromatem uprzyjemni spędzony czas.

Kończąc ten i tak już długi wywód pozwolę sobie przytoczyć pewną anegdotkę. Otóż mój znajomy, rodowity Kielczanin mieszka teraz w Poznaniu, a to kawałek drogi. Bywając w domu rodzinnym od czasu do czasu, za każdym razem stara się naciągnąć swoją mamę, żeby zafundowała mu obiad właśnie do Asean-a. To nie tak, że nie stać go żeby zjeść w Poznaniu, albo że sam nie potrafi sobie czegoś upichcić, po prostu tamtejsze jedzenie jest bezdyskusyjnie smaczne i warto zajrzeć tam przy każdej okazji.

recenzji ciąg dalszy nastąpi

Thursday, April 26, 2012

Słodko-kwaśne tofu

Tofu nie cieszy się w Polsce dużą popularnością, a szkoda, bo to ciekawa rzecz. Niby ser, a jednak nie do końca. W końcu powstaje z mleka sojowego, a mleko sojowe to też w sumie nie mleko. Więc to takie niby jedzenie, które ostatecznie jedzeniem rzeczywiście jest. Ten sojowy serek zwykle znaleźć można na półkach ze zdrową żywnością, oryginalnie produkowało się go na Dalekim Wschodzie ale z racji, że mieszkamy w globalnej wiosce jemy wszystko i wszędzie.
Tofu na surowo nie ma prawie żadnego smaku, to, co w nim lubię to jego gąbczasta struktura, która potrafi urozmaicić każdą potrawę.

Składniki:
  • 1 opakowanie tradycyjnego tofu (180g)
  • 1 papryka zielona
  • 1 garść mieszanki marchewki, pora, grzybów mun i pędów bambusa
  • 1 łyżeczka startego imbiru
  • 1 duży ząbek czosnku
  • puszka ananasa
  • 3 łyżki słodkiego ketchupu (ja używałam ketchupu z Włocławka)
  • 4 łyżki octu
  • 4 łyżki sosu sojowego
  • 4 łyżki cukru
  • 1/2 szkl bulionu
  • 1 i 1/2 czubata łyżka mąki ziemniaczanej rozcieńczona w 1/4 szkl zimnej wody
  • 2 łyżki oleju
Mieszamy w misce na gładką masę sos sojowy, ketchup, ocet i 1/2 soku z ananasa. Tofu kroimy w kostkę, polewamy powyższym sosem i marynujemy ok 30 min. Na patelni rozgrzewamy 1 łyżkę oleju i smażymy na niej ser na złocisty kolor. Wyjmujemy go, a na patelnię dodajemy jeszcze 1 łyżkę oleju, kiedy będzie gorący dodajemy starty imbir i czosnek i smażymy chwilę. Następnie wrzucamy poszatkowaną paprykę i naszą mieszankę. Dusimy pod przykryciem ok 10 min. Dodajemy sos z zalewy na tofu, bulion, cukier, i wodę z mąką. Gotujemy, aż wszystko zacznie gęstnieć. W razie potrzeby możemy dodać jeszcze odrobiny wody z mąką. Na koniec dodajemy tofu i 5 plastrów pokrojonego w małe kawałki ananasa. Gotujemy ok. 2 min. Podajemy z ryżem lub chińskimi noodlami.



Wednesday, April 25, 2012

Tort malinowo-czekoladowy z video relacją

Pyszny tort malinowy z kremem ze śmietany president i malin, oblany gorzką czekoladą, którą możecie zastąpić bitą śmietaną, jeśli taka wasza fantazja.
Najważniejszy w tym cieście jest biszkopt, którego główną cechą jest lekkość. Uzyskuje się ją dzięki pęcherzykom powietrza wtłoczonym do piany z białek podczas ich ubijania. Ja, żeby dodatkowo usztywnić konstrukcję używam łyżki octu lub soku z cytryny, którą dodaję do żółtek. Piana do biszkoptu powinna być ubita całkowicie "na sztywno" i następnie delikatnie wymieszania z pozostałymi składnikami, zawsze tylko w jedną stronę. Cukier puder utrze się szybciej niż zwykły kryształ
Bitą śmietanę usztywni ostudzony roztwór żelatyny. Mimo, iż zwykle w przepisach nie promuje się konkretnych marek, to tym razem złamię to zasadę i polecę wam śmietanę president, która charakteryzuje się ciekawym, jak dla mnie "wiejskim" smakiem. Idealnie współgra z soczystymi, kwaskowatymi malinami.


Biszkopt:
  • 8 jajek
  • 200 g mąki
  • 200 g cukru pudru
  • masło i bułka tarta do formy
  • 1 łyżka octu lub soku z cytryny
  • 2 łyżki kakao
  •  2 łyżeczki proszku do pieczenia
Krem:
  • konfitura malinowa
  •  2 opakowania bitej śmeitany president (370 ml jedna)
  • 1/4 szkl wrzątku z 2 łyżeczkami żelatyny
  • świeże lub mrożone maliny
  • 8 łyżek cukru pudru
Polewa:
  • 200 g gorzkiej czekolady
  • 200 ml mleka
  • 30 g masła
  • 30 g cukru 

do nasączenia: mocna herbata owocowa



Biszkopt:
wszystkie składniki powinny być w temperaturze pokojowej, mąka lekko podgrzana i przesiana. Żółtka oddzielamy od białek. Pierwsze ucieramy ok 8 min. z cukrem pudrem i sokiem z cytryny, białka ubijamy na sztywną pianę z odrobiną soli. Następnie dodajemy do żółtek kolejno warstwę mąki i warstwę piany, kakao i proszek do pieczenia, wszystko delikatnie mieszamy (tylko w jedną stronę). Tortownicę o średnicy 24 cm nacieramy tłuszczem i wysypujemy bułką tartą. Przelewamy masę i pieczemy w temp. 180 C przez 35 minut.

Śmietana:
Dobrze schłodzoną śmietanę ubijamy przez 2 minuty, następnie dodajemy cukier puder i ubijamy do pożądanej konsystencji. Rozpuszczamy w szklance żelatynę i energicznie mieszamy, żeby wszystko dokładnie się rozpuściło. Schłodzoną dodajemy do ubitej śmietany i miksujemy.



Gotowy biszkopt przekrajamy na pół, spód smarujemy konfiturami malinowymi, smarujemy grubo bitą śmietaną, układamy maliny i znów smarujemy bitą śmietaną. Górę nasączamy mocną herbatą (jak na filmiku), następnie przykrywamy nią warstwę śmietany.

Polewa:
w rondelku gotujemy mleko, kiedy jest gorące, dorzucamy połamaną czekoladę, masło i cukier. Gotujemy chwilę na wolnym ogniu. Polewamy ciasto lekko ostudzoną masą.

Dekorujemy wg. uznania

 

Friday, April 20, 2012

Chrup słoneczko?! - SunBites




zdjęcie ze strony www.sunbites.pl
Pewnego, bliżej nie określonego, zimnego dnia zza swoich pleców usłyszałem suche chrupnięcie. Jako, że nie oglądamy telewizji, nie znałem wcześniej z żadnej reklamy produktu SunBites i też nie od razu się zainteresowałem tą szeleszczącą paczuszką. Wychowawszy się w momencie w którym różnego rodzaju chipsy znanych zachodnich marek, a potem ich tańsze polskie wariacje rozepchały nasz wolny rynek i brzuchy niewinnych dzieci, w tym mój, mam spory dystans do wszystkich tego typu cudów współczesnej chemii. Jednak moja A nie da nigdy za wygraną i kiedy ona uważa coś za smaczne, to i jak muszę spróbować. Tak samo było z SunBites-ami i od razu musiałem przyznać, że to coś zupełnie innego niż do tej pory jadłem, a na pewno coś co nie skojarzy mi się z chipsami i chrupkami kupowanymi w czasach, kiedy jeszcze musiałem stawać na palcach, by położyć na ladzie sklepowej pieniądze.

Pierwszym smakiem jaki spróbowałem były SunBites z pomarańczą. I chociaż na stronie reklamowej www.sunbites.pl producent upiera się, że "wystarczy chrupnąć jeden listek pomarańczowych SunBites i zamknąć oczy, aby poczuć się jak skąpanym w słońcu, pomarańczowym gaju", moje wrażenia były od tego zdecydowanie oddalone, aczkolwiek tym razem smak pomarańczy był dość rześki, odważę się nawet stwierdzić, że najbardziej rześki ze wszystkiego, co do tej pory jadłem. Mały problem leży w tym, że pomarańcz sama w sobie jest na pewno bardziej soczysta niż wypieczone małe krakerso-podobne ciasteczka, co burzy pewne przyzwyczajenia w głowie prostego człowieka jak ja. Ale oczywiście do grzechu śmiertelnego jeszcze daleko. Bliżej do czepialstwa z mojej strony, bo przecież mnóstwo ludzi uwielbia takie połączenia, a panie i panowie z Frio Lay na pewno znają się na tym o wiele lepiej niż ja.

Mimo tego zostałem zaintrygowany tą nową jakością i nie poprzestałem tylko na jednym smaku. Stwierdziłem, że bardziej mojemu gustowi będzie odpowiadać coś słonego i jakby specjalnie dla mnie, gdy tylko wszedłem do pobliskiego sklepu na stojaku leżały, dobrze wyeksponowane SunBites "wiosenne warzywa". Tutaj moje zainteresowanie produktem odrobinę spadło, a produkcji tej serii najprawdopodobniej przyświecało przeświadczenie, że klient kupi to co zna, nawet jak nie do końca mu smakuje. I ze mną było podobnie. Dla mnie jedzenie tej paczki było jak słuchanie piosenek w radiu; znam melodię, nie wiem kto, ani co śpiewa, ale i tak pogłośnię jak puszczą następnym razem...

Żeby dopełnić obowiązku rzetelnego recenzenta, musiałem spróbować pozostałych trzech smaków; "słodko słone", "papryka z ziołami" i "z leśnymi owocami". Nad dwoma pierwszymi szybko przeszedłem do porządku dziennego i chociaż jakość smaku, jego intensywność (nie mówię, że są to bardzo intensywne doznania, odpowiednim słowem jest "wyważone") bardziej mi odpowiada niż tradycyjne chipsy, ciągle nie "zalajkuję" tego produktu na facebooku i zapewne po skończeniu pisania tego artykułu wrócę do swojej diety, która nie wymaga znajomości tablicy Mendelejewa. Jednak nie bez kozery "leśne owoce" zostawiam sobie na koniec. Uważam, że to najbardziej udane "chrupiące listki" ze wszystkich pięciu jakie zostały nam zaserwowane. Chociaż moje przyzwyczajenia raczej dążą do solonych wersji chrupkich zakąsek, ten smak zapadł mi w pamięć najbardziej. Wyobrażam sobie je jako coś, co można zabrać sobie w ciepły dzień do parku i obserwując krzątających się ludzi, chrupać je sobie beztrosko (albo wkurzać kogoś przeciągłym szelestem opakowania). Ale teraz czas na cios który sprowadzi nas na ziemię, czyli zaglądamy na tył opakowania żeby przeczytać skład.

Chociaż marketing bardzo stara się, żeby produkt kojarzył się z czymś nowym i świeżym (widać to po reklamie, którą można obejrzeć na stronie promocyjnej; jasna, spokojna, dużo bieli, lekkie podmuchy wiatru na twarzy aktorki), bo nawet sama "podnazwa" - "chrupiące listki wielozbożowe" to próba stworzenia nowego segmentu przekąsek (lub wpisanie się w segment zdrowej żywności), to na odwrocie starzy przyjaciele: glutaminian monosodowy (E621), guanylan disodowy (E627), czy inozynian disodowy (E631), czyli wzmacniacze smaku, czego oczywiście producent się nie wypiera, a wy też drodzy czytelnicy na pewno dzisiaj się z nimi witaliście. Nie są to związki uważane za szkodliwe... w rozsądnych ilościach, a więc o rozsądek apelujemy.
Bardzo miłym zaskoczeniem jest lecytyna sojowa, która min. potrafi obniżać cholesterol, jednak nie mogę się doczytać ile ma ona swojego wkładu na całość produktu. Jeżeli jesteśmy już przy udziale procentowym poszczególnych składników, to zwrócił moją uwagę znaczek twierdzący, że nasz produkt jest "źródłem błonnika", ale po spojrzeniu na tabelę wartości energetycznej szybko przekonujemy się, że na 100 g produktu jest tylko 4,5g błonnika gdy na przykład cukru 13g/100, a tłuszczu 17g/100.

Jeszcze została nam cena. Zawsze lekko ponad 3 zł, to cena umiarkowana i porównywalna do innych produktów "zakąskowych", ale ciągle bardzo niska jak dla produktów typu "zdrowa żywność", na którą próbuje się kreować. I chociaż mógłbym obudzony w środku nocy wymienić 10 produktów bardziej niezdrowych niż SunBites, to ciągle zawiera on w sobie środki które na dłuższą metę będą się na nas mścić. Nie chcę jednak na dzisiejszą modę być groźnym jury rodem z telewizyjnych show o śpiewaniu, tańczeniu, czy gotowaniu, więc uśmiechając się do was zza monitora proponuję, żeby tego typu zakąski były sporadycznym elementem diety, najlepiej przy okazji spotkań ze znajomymi, przed soczystą sałatką, lub słodkim jabłkiem.

Wednesday, April 18, 2012

Restauracja Sai-Gon - obsługa w cenie/Sai-Gon Restaurant – Service commensurate with price

Sai-Gon                                                            (Płock)

Kuchnia orientalna

Tak przynajmniej głosi wielki napis w "chińskiej czcionce" nad wejściem, do tego średnich rozmiarów samotnego, bardzo przeszklonego budynku w Płocku na ul. Nowy Rynek 9. Rozumiem, że jest to takie nasze przyzwyczajenie, kuchnia orientalna = kuchnia chińska, wietnamska, tajlandzka, czy japońska, więc próżno szukać tam indyjskiej masala dosa, tybetańskiego momo, czy bengalskiego jadgish saag alu, które też niewątpliwie są potrawami krajów orientu. 


Wchodzimy więc, (przeciskając się wcześniej między stojącymi przed wejściem taksówkami) do Sai-Gon-u bez żadnych roszczeń co do nazwy nastawieni na ryż lub makaron sojowy z jakimś dobrze wysmażonym mięsem. Siadamy przy małym stoliku w rogu pomieszczenia i szybko ustalamy co kto je. Jesteśmy dzisiaj w Płocku przejazdem, więc taka knajpka, gdzie zawsze dostajesz porządne porcje za dobrą cenę i to jeszcze w miarę szybko jest dla nas idealnym wyjściem. Przy kasie jednak panuje niejako chaos. Dwie dziewczyny stojące przede mną coś między sobą ustalają, a kobieta za ladą coś notuje w zeszycie nie zwracając na nie uwagi. Mam więc chwilę żeby się rozejrzeć dookoła. Byłem tu już wiele razy, kiedyś pracowałem niedaleko, więc odwiedzałem to miejsce czasem na drugie śniadanie. Nie jest to lokal w którym trzeba by coś na gwałt zmieniać. Jest czysto jak zawsze, te same stoliki, ale ciągle w dobrym stanie, jedynie zniknął z rogu "jednoręki bandyta". Pomyślałem, że to dobra zmiana, bo rodziło to wcześniej klientów, którzy przychodzili na piwko, czy dwa grając godzinami na automacie, a restauracja potrzebuje przecież ciągłej wymiany klientów, żeby zarabiać jak najwięcej pieniędzy. Jednak przekrój klientów za bardzo się nie zmienił. Ci sami ludzie, którzy głośno rozmawiają przez telefon klnąc przy tym siarczyście i śmiejąc się głośno, na piwku i kurczaku z frytkami, przed lub tuż po pracy. To jednak nigdy nie przeszkadzało mi w konsumowaniu, wraz czytaniem gazety. 

Przyszła moja kolej na złożenie zamówienia. Tutaj prawie wpadłem w podstępnie/niechcący (niepotrzebne skreślić) założoną pułapkę. Chciałem zamówić krewetki z warzywami, ale zauważyłem, że cena nad kasą nie zgadza się z ceną jaką widziałem na ulotce przy stoliku. Szybko dopatrzyłem się, że chodziło mi warzywa z krewetkami i naprawiłem swój błąd oszczędzając w ten sposób około 5 zł. Po złożeniu zamówienia wróciłem do stolika i wtedy rozumieliśmy dlaczego miejsce nazywa się Sai-Gon. Wystarczyło parę zamówień od gości i parę telefonów, żeby mimo odpowiedniej ilości pracowników powstał niemały zamęt. Mimo (moim zdaniem) braku takiej potrzeby, kasa z kuchnią przez większość czasu jaki tam spędziliśmy porozumiewała się za pomocą krzyków korygując wielokrotnie te same zamówienia. Chaos był na tyle obecny, a zamieszanie na tyle naoczne, że rozmowy między klientami z grubsza ustały, jeszcze bardziej potęgując cały zgiełk. Mimo wszystko nasze jedzenie zostało podane w rozsądnym czasie i jak zwykle było smaczne a porcje sycące. Nie zauważyłem też, żeby któremukolwiek z innych gości zostało zaserwowane coś źle, lub ze zwłoką. Generalnie, poza stylem prowadzenia, nie można nic zarzucić. Jedna rzecz (choć może to czepialstwo) trochę mnie mierzi. Przy zamawianiu "noodli" na ulotce reklamowej możemy doczytać iż sos do zestawu dostajemy gratis. Jak dla mnie to żadna łaska tylko normalna część składowa dania, a sam zabieg przywodzi mi na myśl sytuację z Indii gdy po zamówieniu Irish Coffe okazało się, że za śmietankę muszę dopłacić jeszcze ponad 1/3 wartości kawy (już nie wspominając że Jamesona też nie było w środku, ale nie można było go dokupić, to byłą Irish Coffe bez Irish). Takie zabiegi są dla mnie po prostu graniem nie do końca fair. 

Jednak ostatecznie mogę polecić tą knajpkę każdemu kto lubi czasem zjeść coś na mieście, chce wydać między 10 a 15 zł i nie lubi McDonald's-a czy innych takich wynalazków. Zostanie obsłużony szybko, dostanie cały talerz jedzenia, a jak będzie miał szczęście, to nawet zje w względnej ciszy.

 ................................................................
and the translation done by our friend Collin! Thank you a lot.

Sai-Gon Restaurant – Service commensurate with price
SAI-GON (PŁOCK)
ORIENTAL CUISINE

Or so at least boldly announces the sign written in large, psuedo-Chinese lettering above the entrance, which leads into the medium-sized, highly-glazed building which stands in isolation on Nowy Rynek in Płock. I have accustomed myself to taking such broad descriptions with a pinch of salt, knowing full well that oriental cuisine = Chinese, Vietnamese, Thai or even Japanese cuisine. It is therefore pointless to expect to find in these establishments such personal favourites as Indian masala dosa, Tibetan momo, or Bengalese jadgish saag alu, even though these are, without a shadow of a doubt, meals of oriental origin.

Therefore we enter Sai-Gon, after having previously squeezed between the taxis standing in front of the entrance, without any preconceptions about the names that will have been allocated to rice or soy-pasta with some kind of over-fried meat. We sit at a small table in the corner of the restaurant and quickly decide upon what to have. Today we have stopped off in Płock, therefore such places which always offer reasonably-priced, generous portions in a short time are a natural option. However, at the serving counter a not-insignificant amount of chaos reigns. The two girls standing in front of me are deciding amongst themselves what to order, while the woman taking the order is absent-mindedly scrawling on the order pad. At least this gave me a chance to look around.

I had been here many times before, when I was working nearby, so I occasionally came here for lunch. This is not the sort of place that requires sudden changes. It is as clean as ever, the same tables, but still in good condition. The one-armed bandit that once stood in the corner of the room has done a disappearing act. I though that this is a change for the good. Previously clients would come in for a beer or two and spent a couple of hours mindlessly feeding coins into the machine. In order to maximise profit restaurants rely on a quick turnover of clients. However, the cross-section of society that makes up the client has hardly changed. These same people, usually on their way to or from work (if you can truly believe they are capable of holding down jobs) , talk loudly on the phone, littering their sentences with expletives and laughing loudly while wolfing down their fried chicken and chips washed down with beer. However such distractions never disturbed my eating or reading the paper.

My turn came to place my order. This is where I nearly fell headlong into a trap, no doubt set for unwary folks such as myself. I was going to order prawns with vegetables, but I noticed that the price displayed on the price list didn’t match the price that I’d seen on the leaflet placed on the table. I quickly realised that what I really wanted was vegetables with prawns, and correcting my little mistake saved me the princely sum of 5 zł. After returning to my table it was then that we both realised why the place was named Sai-Gon. Despite having an appropriate number of staff, a mere few orders from customers in person and by telephone was enough to create a sizeable amount of chaos. In my opinion there seemed to be an excessive amount of communication between the person taking the order and the kitchen staff; with them shouting the same order back and forth several times.


Chaos on a grand scale with confusion so evident that even conversations between clients are summarily interrupted, adding further to the din. Anyway, our meals were delivered in a reasonable length of time; as tasty as ever and plenty large enough to sate our appetites. I didn’t notice either any of the other eaters were served incorrectly or with an undue delay. Generally, despite way the place is run, it’s difficult to find fault. Other thing irked me a little (or maybe I’m just being picky). When ordering “noodles” on the flyer you will note that sauce will be included free with the meal. For me this is an integral part of the meal and this reminded me of a situation in India, where only after ordering an Irish Coffee I found out that the addition of cream would bump up the price by a third of the price of the coffee alone (also bear in mind that this beverage was served sans Jamesons, because it wasn’t possible to purchase such an upgrade, this was a completely “Irishless” Irish Coffee). I regard such practices firmly outside what can be deemed to be fair play.

Ultimately, however, I can happily recommend this restaurant to people who have occasion to eat in the city, having 10-15 zł to spend and shun the offerings of McDonald and co. The plates arrive full, quickly, and if you’re lucky you may even be able to eat in relative peace.

Saturday, April 7, 2012

Malinowy śmietanowiec idealny

Oto prezentuje wam malinowy śmietanowiec idealny. Jest wynikiem moich udanych i nieudanych prób na opracowanie przepisu, w którym bita śmietana jest sztywna i się nie rozpuszcza. I wreszcie udało się, oto jest: delikatne biszkoptowe ciasto przesiąknięte aromatem leśnych owoców, rozpływające się w jedwabistej bitej śmietanie.

Składniki:

biszkopt:
  • 6 jaj
  • 1,5 szkl mąki tortowej
  • 1,5 szkl cukru
  • 2 łyżeczki proszku do pieczenia
  • 1 łyżka soku z cytryny
  • szczypta soli
  • ok. 10 łyżek wody
  • 2 łyżeczki kakao
bita śmietana:
  • 500 ml śmietany 30% (używałam łaciatej)
  • 3 łyżki cukru pudru
  • 2 łyżeczki żelatyny
maliny:
  • 400 g mrożonych malin
  • 110 g cukru
  • 1/2 opakowania dżemfixu

dekoracja:
  • 500 ml śmietany 30%
  • 3 łyżki cukru pudru
  • 2 łyżki żelatyny
  • powyższy przecier z malin
dodatkowo:
  • dżem z owoców leśnych


Biszkopt:

wszystkie składniki powinny być w temp. pokojowej, dodatkowo mąkę podgrzewamy (możemy położyć ją na kaloryferze na ok. 20 min przed użyciem). Białka oddzielamy od żółtek, do żółtek dodajemy cukier,sok z cytryny i ubijamy mikserem na najwyższych obrotach przez ok. 8 minut. Następnie dodajemy na przemian przesianą, ciepłą mąkę i wodę, na końcu proszek do pieczenia. Wszystko dokładnie miksujemy. W osobnej misce do białej dodajemy szczyptę soli i również miksujemy na najwyższych obrotach na sztywną pianę. Następnie białka przekładamy do masy z żółtakami i całość mieszamy drewnianą łyżką zawsze w jedną stronę. Nie zmieniać kierunku mieszania!
Blachę wykładamy papierem do pieczenia, przelewamy pół ciasta i pieczemy do suchego patyczka w temp. ok. 160-170 C (ok.20-30 min). Do reszty ciasta dodajemy kakao i dokładnie mieszamy ( w tą stronę, co poprzednio) Pierwszy biszkopt odkładamy do ostygnięcia, tymczasem pieczemy część kakaową.

Bita śmietana:
dobrze schłodzoną kremówkę ubijamy na najwyższych obrotach, po chwili dodajemy cukier puder i ubijamy na sztywną masę. W 1/4 szklanki gorącej, przegotowanej wody rozpuszczamy 2 łyżeczki żelatyny. Mieszamy, żeby wszystko dobrze nam się rozpuściło i żeby schłodzić całość. UWAGA! Żelatyna to podstępne bydle i w mgnieniu oka może się ściąć. Należy doprowadzić ją do letniości, a następnie wmiksować w bitą śmietanę.

maliny:
do rozmrożonych malin dodajemy dżemfixu i doprowadzamy owoce do wrzenia, następnie dodajemy cukier i gotujemy na wolnym ogniu przez 2 min. Najlepiej zrobić to dzień wcześniej. Gotowe maliny przelewamy do słoika i odstawiamy do ostygnięcia.


CIASTO:

każdy biszkopt musicie przekroić na dwie części. Na spód dajemy dolną część białego i górną ciemnego (a dlaczego? a dlatego, że inaczej bita śmietana może wsiąknąć w miękki biszkopty miąższ, ciasta należy więc układać tak, by kontakt ze śmietaną miały ich zewnętrzne, posiadające zwartą skórkę części), smarujemy dżemem z owoców leśnych i przekładamy warstwą sztywnej śmietany, następnie układamy dolną część ciemnego i górną białego, smarujemy malinami i znów układamy śmietanę. Na koniec dekorujemy wedle uznania. Ja posługiwałam się sztywną torebką plastikową - wy też możecie.

Ciasto odstawiamy do schłodzenia, najlepsze jest na drugi dzień.



Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...